Hutella
     
Lucyna od dziadka, który miał wypadek
|
|
Telenowela nowohucka, odc. 21
Interesująca babka. I każdy mężczyzna mógłby to o niej powiedzieć. Lucyna wcale by się nie obraziła. Bo ma interesują osobowość, nie mówić już o interesującym przodku - dziadku z ulicy Starowiślnej. Poza tym jest Lucyna atrakcyjną kobietą.
Z takim życiorysem to powinna mieszkać w rezydencji, mieć tłum wielbicieli. Tłum przyjaciółek, spragnionych jej towarzystwa, tłum mężczyzn, gotowych spełnić każde jej życzenie. A tymczasem Lucyna, nazywana przez przyjaciół „Lucy”, mieszka w Nowej Hucie - na kilkudziesięciu metrach, które kiedyś - być może - budował jej ojciec. Ma niepozornego kota, niepozorny widok z okna. Ale wszystko inne ma niesamowite. Życie z przygodami, korzenie rodzinne, pomysły, marzenia. Wydała też niesamowitą książkę.
Kto ją zna? W Krakowie - chyba niewiele osób, w Nowej Hucie - więcej. Ma też przyjaciół we Francji, ślady zostawiła w USA; namieszała na egzotycznej wyspie Maui.
Czy wiedziała, że to wszystko jej się przydarzy? Nie. Chociaż zawsze była „zakręcona” (tak mówią o niej znajomi, i ona sama też lubi to określenie; „zakręcona” - czyli taka, że nie może usiedzieć w miejscu, przychodzą jej do głowy dziwne pomysły i oryginalne rozwiązania). Pracowała w laboratorium i tam akurat miejsca na szaleństwa nie było.
Praca zwykła - raz ciekawa, raz nudna. Określanie poziomu tego, opisywanie wyglądu tego (a to wszystko przesuwało się przed oczami Lucyny w mikroskali).
Zrobiła sobie przerwę, pojechała do Francji, gdzie opiekowała się dzieckiem znanej dyplomatki. Nauczyła się francuskiego. Wróciła i zaczęła się nudzić.
Lucyna (miła twarz, radosne oczy; trochę dama i trochę dziewczynka): - Bo skoro już raz poznałam smak podróżowania i poznawania ludzi, to wiedziałam, że będę chciała smakować tego jeszcze i jeszcze.
Mama, pisz, bo masz talent!
Sama wychowywała dzieci (czasem pomagała jej mama). Pieniędzy z pensji było niewiele, więc postanowiła wybrać się do USA. W parę dni nauczyła się podstaw języka - tak, żeby się dogadać, przedstawić, zrozumieć proste polecenie. I w razie czego prosić o pomoc. Była pewna, że o tę pomoc poprosi nie raz, nie dwa razy. Bo już wtedy miała w sobie skłonność do przyciągania przypadków - mniej lub bardziej ekstremalnych.
Stanęła pod domem Lindy - dystyngowanej amerykańskiej emerytki. Trochę zwariowanej: nie dlatego, żeby też miała taką skłonność, jak Lucyna. Linda była stara - gubiła się w wątkach, wspomnieniach. Gubiła się w ludziach. Starość Lindy była podobna do dzieciństwa.
Więc staje Lucyna, która za chwilę będzie „Lucy” (pierwsza nazwała ją tak babcia Linda), pod drzwiami amerykańskiej emerytki. Wpuszcza ją do środka opiekunka, która właśnie kończy pracę u Lindy. Lucy przedstawia się po angielsku. I dodaje jakieś dziwne zdanie.
Lucyna: - Zdanie, którego kazali mi się nauczyć w Polsce znajomi. Mówili, że się przyda. Że wytłumaczy Amerykanom moją sytuację - że nie wiele rozumiem, ale szybko się uczę.
Linda obwąchała Lucynę. Wskazała jej pokój. I zażądała, żeby Lucyna nigdy, przenigdy nie siadała na łóżku, w którym zmarł jej mąż (i w którym przed śmiercią sypiał). Właściwie w tym domu to były trzy osoby: Linda, Lucyna i mąż Lindy. Snuł się pod domu i Linda go słyszała (Lucyna oczywiście nie), pojawiał się w opowieściach.
Linda miała zdolności pedagogiczne i Lucyna szybko nauczyła się angielskiego.
Lucyna: - Bo babcia Linda opowiadała mi w kółko tę samą historię. Historię swojego życia. A przy nauce języka obcego dobrze jest pracować nad jakimś konkretnym tekstem...
Z USA Lucyna pisała listy do rodziny. Siadała w fotelu (innym, niż ten, w którym siadał mąż Lindy), albo na łóżku, albo przy oknie. I zapełniała kartki. Pisała szybciej, niż myślała. Opisywała każdą godzinę, każde zdarzenie. Każdą osobę, każdy dom, każdą rozmowę. I wyjście na zakupy, i wyskoki Lindy. Ludzi, przedmioty, rośliny, zwierzęta.
Od syna dostawała listy: „Mama pisz, bo masz talent”.
Halo, pan prezydent?
Było w jej listach o tym, jak dzwoniła, w imieniu Lindy, do prezydenta USA.
Któregoś dnia Linda wrzasnęła, a przy tym zaprezentowała wiele efektownych min i zachowań. Wrzasnęła, że ktoś ukradł środę. Po prostu ktoś zabrał z kalendarza środę. Bo przecież wczoraj jeszcze był wtorek, a dziś już jest czwartek. I to był dowód, że środa została skradziona. Może to byli terroryści? Linda postanowiła działać. Wymyśliła, że zadzwoni do prezydenta USA i przekaże mu tę tajną wiadomość. Oczywiście spodziewała się, że ktoś mógł już to zrobić, bo zniknięcie środy nie jest czymś zwyczajnym i na pewno tysiące osób zauważyły jej brak. Ale postanowiła wypełnić swój obywatelski obowiązek i osobiście przekazać informację.
Lucyna: - Najpierw babcia Linda uparła się, że ona będzie dzwonić. Pomyślałam, że jak znajdzie numer i się dodzwoni w odpowiednie miejsce, to może nam narobić kłopotów. Powiedziałam więc: „Lindo, kochana, pozwól, że ja to zrobię. Ja się szybciej dogadam. Potrafię zapanować nad emocjami, mnie uwierzą”.
Podniosła słuchawkę, wykręciła numer (byle jaki) i poczekała na połączenie (oczywiście takie, które nie zaistniało).
Lucy: - Halo, tu Lucy. Czy mogę prosić o połączenie z panem prezydentem?
(A Linda w tym czasie zamiera w bezruchu.)
- No tak, z panem prezydentem. Czy to sprawa wagi państwowej? Ależ oczywiście, w innym przypadku nie zawracałabym szanownemu panu prezydentowi głowy. Tak, to sprawa wagi państwowej, najwyższej wagi. Dobrze, czekam.
(A Linda drepcze w miejscu i ssie palec, czeka, co będzie dalej.)
- Halo, pan prezydent? Jak dobrze, że to pan. Mam panu do przekazania niezwykle ważną sprawę: proszę sobie wyobrazić, że z kalendarza zniknęła środa!
(Lucy robi przerażoną minę, a ta mina udziela się Lindzie.)
- Tak, oczywiście, że jestem pewna. Proszę się zastanowić: wczoraj był wtorek, prawda? No. A dziś jest czwartek, prawda? No. Więc gdzie była środa?
(A Linda pęka z dumy, że jest taka spostrzegawcza i zauważyła brak środy.)
- Widzi pan, nie ma środy. Przekazuję to panu, bo moja przyjaciółka podejrzewa, że mogą stać za tym niebezpieczni ludzie. Oczywiście, że zachowam tajemnicę. Dziękuję panu za wysłuchanie mnie. Ja też pozdrawiam.
(A Linda ma na twarzy szeroki uśmiech, oczy jej błyszczą.)
- Dobrze, obiecuję, że będziemy na siebie uważały.
I Lucy odkłada słuchawkę. Linda prosi o relację z rozmowy. Więc Lucyna, nadal pięknie grając (odgrywa pewnie jedną z lepszych scen w swoim życiu), streszcza babci Lindzie: prezydent był przejęty, bardzo dziękował za informację, powiedział, że jest cenna, a obie panie zachowały się, jak prawdziwe patriotki. No i że ojczyzna nigdy im tego nie zapomni.
Dobrze Lucynie było z Lindą. Ale postanowiła zmienić pracę, zmienić miejsce. Babcia Linda wymagała już innej opieki - profesjonalnej, szpitalnej. Lucy nie mogła upilnować staruszki.
Funduję ci wakacje na Maui
Po Lindzie była Hazel.
Emerytka. Amerykańska. Dystyngowana.
Dla niej Lucy walczyła z bankiem. Bo bank nie chciał oddać Hazel pieniędzy.
Lucyna: - Miała sporą kwotę na lokacie. I kiedy Hazel zabrakło pieniędzy na życie, nie mówić już o tym, że zabrakło też na moją pensję, to Hazel postanowiła lokatę zlikwidować. Niby prosta rzecz, a jednak.
Urzędnik z banku się upierał: nie można ot tak sobie zlikwidować lokaty, są procedury, to wszystko trwa; poza tym likwidacja lokaty oznacza, że traci się odsetki. I mówił to samo przez parę tygodni. W dodatku pojawił się ktoś z rodziny Hazel i zabronił urzędnikowi „rozpakowywać lokatę”. Wtedy Lucy, kiedy już skończyły się im ostatnie pieniądze, wybrała się do banku. Zrobiła awanturę. Mówiła o bezduszności, o żarłoczności systemu, straszyła sądem. Urzędnik zmiękł. Hazel dostała pieniądze.
Co z nimi zrobiła? Dała część Lucynie.
Lucyna: - Nie chciałam. Bo to przecież wyglądało tak, że Hazel chciała mnie nagrodzić. Ja walczyłam o te pieniądze dla niej, nie dla siebie. Po długich kłótniach Hazel wymyśliła inne rozwiązanie, powiedziała: „Okej, no to w takim razie ja funduję ci wakacje na Maui. I milcz teraz. Masz jechać i koniec. Potem mi wszystko opowiesz. Ja zawsze marzyłam o Hawajach... Będziesz moimi oczami, uszami”.
Poleciała Lucy na Maui. Lucy z Nowej Huty odkrywała uroki egzotycznej wyspy. Była pewnie pierwszą nowohucianką, która spacerowała po hawajskich plażach. Na pewno była pierwszą nowohucianką, która o mało co nie spadła z urwiska - jej samochód w ostatnim momencie zatrzymał się na krawędzi.
Parę razy zabłądziła, poznała ciekawe miejsca, widziała zachody słońca, podziwiała błyszczą skórę tubylców. I o tym wszystkim Lucy opowiedziała Hazel.
Z nią też musiała się pożegnać. Wracała do Polski. Stęskniła się za rodziną. Odpocząć od przygód chciała.
Po powrocie napisała książkę „Opiekunka, czyli Ameryka widziana z fotela”. Książkę zamierzało kupić Wydawnictwo Literackie, ale zrezygnowało z tego pomysłu. „Opiekunkę” można więc poczytać tylko w Internecie (www.literatura.net.pl). Na razie. Bo teraz Lucyna robi prawdziwą karierę literacką, więc może ktoś wyda amerykańskie historie. Przecież pierwsze opowiadania znanych pisarzy, to zawsze rarytas... Oczywiście Lucy nie przywiązuje się do tego pomysłu.
W mojej rodzinie nie było tchórza
Tu pojawia się wątek dziadka Lucyny. Człowieka, który wywrócił jej życie do góry nogami (a właściwie popchnął je w innym kierunku).
Jakiś czas temu Lucyna przeczytała w lokalnej gazecie notkę - krótką informację przedrukowaną z „Czasu” (notatka z 13 lipca 1900 roku). I Lucy zadrżała od tych słów: „Gdy straż w całym pędzie wjeżdżała w ulicę, wóz uderzył o niewyjeżdżony bruk, przyczem spadł na ziemię sierżant Teodor Henzelman i skaleczył się dość ciężko odnosząc trzy rany w głowę”.
To nazwisko, Henzelman, Lucyna już gdzieś słyszała.
Lucyna: - No pewnie! Przecież było w mojej rodzinie! Nie zgadzała się tylko liczba liter w nazwisku, ponieważ na końcu były dwa „n”. Ale pamiętam z rodzinnych opowieści, że dziadek był strażakiem. I tak od wątku, do wątku, poskładałam te puzzle w całość. Odnalazłam dziadka. Zostawił trochę śladów - w urzędzie stanu cywilnego, w archiwach miejskich.
Przegrzebałam pół biblioteki i w końcu mi się objawił. Brał ślub, potem chrzcił dzieci, przyjmował się do pracy. Dotarłam do relacji z akcji w Trzebini, kiedy to ratował górników (szczególnie wzruszający wątek). Dziadek pochodził z Klimontowa, skończył zaledwie kilka klas szkoły powszechnej. Były różne perełki w tych archiwach, na przykład historyjka o tym, jak pisał podania o awans i jak mu tego awansu odmówiono. Dlaczego? Bo nie pochodził z krakowskiej rodziny. Wściekłam się, jak przeczytałam opinię ówczesnego naczelnika straży pożarnej: „Henzelmann swoje obowiązki wykonuje wzorowo i bez zarzutu, ale tylko pod ścisłym nadzorem”. I nie mogłam darować temu człowiekowi, który skrzywdził mojego dziadka. Postanowiłam go zrehabilitować, bo w mojej rodzinie nigdy nie było ani tchórza, ani lenia, ani tym bardziej człowieka bez fantazji. Ja myślałam o nim: „dziadek-Superman”.
Zemsta na naczelniku straży pożarnej była słodka. Lucyna pisała książkę o dziadku, a pisanie sprawiało jej ogromną przyjemność. Tam, gdzie w historii życia Teodora Henzelmanna, pojawiły się dziury, Lucy wypełniła je wątkami, które sama wymyśliła. Czyli: wstawiła wyobrażenie o dziadku.
Książka „Wypadek na ulicy Starowiślnej” spodobała się w wydawnictwie Republika. Ukazała się na początku tego roku. Lucy miała już kilka spotkań autorskich. Nasłuchała się komplementów, poznała znowu niesamowitych ludzi, zaplątała się znowu w niesamowite historie (z których może kiedyś powstanie kolejna książka).
Teraz Lucy jest na targach książki w Warszawie, i z wrodzonym sobie wdziękiem rozdaje autografy.
Szczęki wyrzec się nie mogę
Ale może strażak Teodor to jednak pomyłka? Może odnalazła dziadka, tyle, że cudzego?
Lucyna: - To niemożliwe. Dziadka poznałam po szczęce. W mojej rodzinie duża, mocna i rozbudowana szczęka to spadek. A taką szczękę miał mężczyzna na zdjęciu, które odnalazłam w archiwum. I ta szczęka mnie zastanowiła. O ile na początku studiowania zdjęcia miałam wątpliwości, czy to rzeczywiście mój dziadek, to jak wróciłam do domu i spojrzałam w lustro, wątpliwości odeszły. Bo szczęki wyrzec się nie mogę.
Czy to wszystko przydarzyło się Lucynie naprawdę (Lucynie z Nowej Huty)?
Lucy odpowiada: tak, to najprawdziwsza prawda; tyle, że nieprawdopodobna.
Lodołamacz, czerwiec 2007
|
|
|
|
|
|
|
|
|
 
   
w numerze...
|
|
Wielka płyta po sąsiedzku
Wymarzone M-3. Co tam, że na razie nie działa winda (ósme piętro), ściany jeszcze raz trzeba pomalować (wszędzie smugi), a na meble dopiero zarobić (pudło zamiast stołu). Ważne, że wreszcie jest się na swoim...
czytaj dalej...
|
|
Walka z agresywną reklamą
Kiedy w latach 50. oddawano do użytku kino Świt, nikt nie przypuszczał, że pół wieku później przejmie ono rolę słupa ogłoszeniowego, który jak soczewka skupi w sobie problemy trapiące współczesną nowohucką przestrzeń.
czytaj dalej...
|
|
Historia niezwykłego przedmiotu
Przedmioty pochodzące z Nowej Huty to dla wielu jedynie starocie. Tymczasem niektóre z nich okazuje się być niezwykłą pamiątką dawnych czasów, przekazującą prawdę o historii tego socrealistycznego miasta. Tak jak pewne niezwykłe krzesło.
czytaj dalej...
|
|
Kochałam Bogdana W.
Dwunastego grudnia 1982 roku Bogdan i jego koledzy myśleli o losach Polski. Trzynastego grudnia 1982 roku Bogdan został zastrzelony.
czytaj dalej...
|
|
|
Wyspiański w poradzieckim bunkrze
Reżyser Jacek Papis opowiada o przygotowywanym właśnie spektaklu "Requiem", który produkuje Łaźnia Nowa.
czytaj dalej...
|
|
|
Drugiego takiego miejsca nie znajdziesz
W latach 80., kiedy byłem małolatem, Hutę uważano za totalną wiochę. Za dresiarstwo. Według obiegowej opinii żyli tam ludzie niższego kalibru.
Z Jakubem "Happym" Haponowiczem, liderem zespołu EsFlores, rozmawia Sławek Zagórski
czytaj dalej...
|
|
|
Nie ma potworów, ino ludzie
Nowohucki scenarzysta Michał Gałek i krakowski rysownik Mariusz Zabdyr opowiadają o swoim nowym komiksie "Alma".
czytaj dalej...
|
|
|
Najładniejsze - najbrzydsze w Nowej Hucie
Bartosz Szydłowski, Maciej Miezian, Leszek Sibila, Kuba Czupryński o nowohuckich miejscach ładnych i tych nie do końca uroczych.
czytaj dalej...
|
|
|
Miejska rutyna z okien autobusu
O podróży pisali prawie wszyscy pisarze, od Homera po Pratchetta. Śpiewała również większość: od Elvisa po Iggy Popa. Także niejeden reżyser popełnił film o drodze i zmierzaniu w nieznanym kierunku. Nie mogę być gorszy! Moje podróże są równie ciekawe jak Odyseusza czy Komendanta Vimesa. Choć może nie tak niebezpieczne...
czytaj dalej...
|
|
|
Rytmika brył - fotoreportaż
Znamy, widzieliśmy, oglądamy niemal codziennie. Przebywając na co dzień z architekturą Nowej Huty, łatwo przestać zauważać jej wyjątkową atrakcyjność.
czytaj dalej...
|
|
|
Lucyna od dziadka, który miał wypadek
Telenowela nowohucka - część XXI
Interesująca babka. I każdy mężczyzna mógłby to o niej powiedzieć. Lucyna wcale by się nie obraziła. Bo ma interesują osobowość, nie mówić już o interesującym przodku - dziadku z ulicy Starowiślnej.
czytaj dalej...
|
|
|
Z soboty na niedzielę, czyli DKF-y i "Kropka"
Dawno, dawno temu (precyzując - w 1957 roku), w pewnym wyspiarskim kapitalistycznym kraju (domyślamy się, że chodzi o Wielką Brytanię) grupa młodych artystów stworzyła manifest.
czytaj dalej...
|
|
|
|