Emilia Fajkowska
     
Wielka płyta po sąsiedzku
|
|
Wymarzone M-3. Co tam, że na razie nie działa winda (ósme piętro), ściany jeszcze raz trzeba pomalować (wszędzie smugi), a na meble dopiero zarobić (pudło zamiast stołu). Ważne, że wreszcie jest się na swoim...

fot. Grzegorz Ziemiański / FOTOHUTA
Z cukiernicą i młynkiem
Wcześniej mieszkali z teściami i drugim małżeństwem w dwupokojowym mieszkaniu.
- Wprowadziliśmy się w 1970 roku – opowiada Kazimierz Gil. – Dostaliśmy mieszkanie na osiedlu Tysiąclecia ze spółdzielni. Nie czekaliśmy długo, ale wiadomo – trzeba było wykonać pewne zabiegi, żeby dostać większy lokal.
Jako „rodzina rozwojowa” państwo Gilowie mieli szansę na M-3. Marzyli jednak o trzech pokojach. Ratunkiem okazała się sławetna postać ciotki, czyli osoby zameldowanej mieszkaniu, która nigdy nie miała w nim mieszkać.
- To była typowa praktyka w tamtych czasach – wspomina Jadwiga Gil. – Za Gomułki ustalono takie standardy mieszkania, że M-3 pasowało idealnie dla bezdzietnej pary, a M-4 dla małżeństwa z jednym dzieckiem.
Wprowadzili się w lipcu. Pięćdziesiąt dwa metry, trzy pokoje, dziewiąte piętro. Wszystko trzeba było wnosić, bo winda jeszcze nie działa (ponoć było to specjalnie zaplanowane, by nowi mieszkańcy od razu jej nie zepsuli wożąc meble). Państwo Gilowie nie mieli jednak wiele do wniesienia – leżak, kilka pudeł z książkami, młynek do pieprzu i cukiernicę, które dostali w dniu ślubu. Mimo to wspominają te czasy jako najszczęśliwsze.
Kazimierz: - Pamiętam, że akurat wypadło komunistyczne święto 22 lipca. Cały dzień malowaliśmy sufity, bo wszędzie były zacieki. Co prawda można było czekać na „fachowców”, ale wtedy mieszkanie byłoby gotowe za jakieś parę miesięcy.
Poza pięcioma samotnymi wieżowcami osiedle świeciło pustkami. Dookoła łąki, a widok z okna na trzy kopce: Kraka, Kościuszki i Piłsudskiego.
- Gdy rano wychodziłem do pracy, biegłem przez pola. Wszystko otulała gęsta mgła. Wolałem chodzić na nogach, niż jeździć zapchanym autobusem – bo wtedy działały u nas tylko dwie linie MPK.
Osiedle dopiero zaczynało funkcjonować. Brakowało chodników, dróg, sklepu spożywczego. Łatwo jednak było zauważyć radość tych, którzy dostali swoje M-4. Przez pierwszych kilka tygodni co wieczór rozbrzmiewały głośne śpiewy. Wszyscy świętowali zapraszając przyjaciół na parapetówy.
Mieszkańcy powstającego osiedla byli mniej więcej w tym samym wieku. Po pewnym czasie na świat zaczęły przychodzić dzieci, zapełniając blok jazgotem.
- Trzeba było składać podania o wózkownię – pamięta Jadwiga. – Na każdym piętrze była jedna. Prawo do korzystania z niej otrzymywała kobieta, która ostatnia urodziła dziecko. Czasami zmieniało się to jak w kalejdoskopie.

fot. Grzegorz Ziemiański / FOTOHUTA
Tynk jest, ale... na podłodze
Rok siedemdziesiąty. Młode małżeństwo z dwójką dzieci i narożnikiem wprowadza się na osiedle Złoty Wiek.
- Gdy zobaczyłam blok, zamarłam z przerażenia – wspomina Ela Matusik. – Matko Boska! Trzy budynki i błoto, błoto, błoto. Jak my tu będziemy mieszkać – pytałam w myślach.
Dostali trzypokojowe mieszkanie na czwartym piętrze. Warunki były spartańskie: najbliższy sklep na Osiedlu Tysiąclecia, z wózkiem trudno przedostać się przez budowę. Ale za to mieli własne mieszkanie, cztery kąty, o których marzyli.
Ela: - Gdy jeszcze mieszkaliśmy z teściami, upatrzyłam sobie piękny, wielki narożnik w sklepie meblowym. Nie wiedziałam, kiedy się dokładnie przeprowadzimy, ale czułam, że muszę go już mieć.
Ela namówiła męża na zakup (węgierski, porządny, obity trawiastozieloną tkaniną, 700 złotych – opisuje). Problem pojawił się dopiero, gdy trzeba było przekonać teściów, by przez jakiś czas skrzynia z narożnikiem mogła u nich poczekać na przeprowadzkę.
- W naszym pokoju już by się nie zmieścił. Mieszkaliśmy z synkami w maleńkim pokoiku – opowiada kobieta. - Młodszy spał w koszyku na bieliznę, a my z mężem na pojedynczym łóżku.
Teściowie zgodzili się na jakiś czas udzielić schronienie narożnikowi. Wdzięczny mebel służył później swoim właścicielom przez ponad dwadzieścia lat.
Ela: - Dobrze pamiętam dzień, w którym ustawiliśmy sprzęty w nowym mieszkaniu. To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Do tej pory mam przed oczami ten narożnik, dumnie stojący w dużym pokoju. Byłam z niego taka dumna...
Blok jednak zbudowano wadliwie. Niedługo po przeprowadzce ze ścian zaczęły odpadać płaty tynku.
- Mój półroczny syn zachorował. Poszłam po lekarkę, która mieszkała piętro niżej – wspomina Ela. - Gdy wróciłam, usłyszałam, że mały bardzo głośno płacze. Podeszłam do łóżeczka i zaniemówiłam. Obok niego leżał ogromny kawałek tynku. Przecież to mogło zabić dziecko!
Mieszkańcy bloku nie wytrzymali tragicznych warunków. Sprawę nagłośniono i administracja musiała coś postanowić. Zaproponowano trzy wyjścia: mieszkańcy mogli zmienić blok, przenieść się do pustych mieszkań na innych piętrach albo... pozwolić ekipie budowlanej na skucie tynku aż do płyty. Państwo Matusikowie przenieśli się na pierwsze piętro, gdzie szczęśliwie spędzili dwadzieścia siedem lat.

fot. Grzegorz Ziemiański / FOTOHUTA
Majowe święto
- Ożeniłem się i w 1969 roku kupiłem mieszkanie na osiedlu Strusia. Istna tortura – opowiada Jerzy Ridan. – Byłem przerażony tym mieszkaniem, po prostu nie mogłem w nim wytrzymać.
Mieszkanko było malutkie (38 metrów kwadratowych), ze ślepą kuchnią, wystającymi rurami w łazience i fatalnym przepływem powietrza. Trzeba było cały czas otwierać drzwi na klatkę schodową, bo tylko w ten sposób dało się przewietrzyć wnętrze.
- Uciekałem stamtąd tak często, jak się tylko dało – wspomina mężczyzna. – Nocami jeździłem do krakowskiego rynku. Potrafiłem przesiedzieć pół nocy oglądając przechodniów. Całe szczęście, z Huty do centrum kursowały tanie i szybkie taksówki. Zbierały zainteresowanych, każdy płacił 5 złotych i ruszał do serca Krakowa.
Mieszkania na Osiedlu Strusia były bardziej publiczne niż prywatne. Wszyscy doskonale wiedzieli jak urządzili się sąsiedzi, bo drzwi frontowych (zwłaszcza w lecie) nie dało się zamknąć, by nie męczyć się w duchocie.
- W bloku mieszkały prawie same młode małżeństwa z dziećmi. W pamięć zapadła mi zwłaszcza jedna scena – zaczyna kolejne wspomnienie pan Jerzy.
To była niedziela. Obudził go niespotykany zapach świeżych kwiatów. Wyszedł z mieszkania i okazało się, że winda znów stoi zepsuta. Na każdym piętrze, które mijał schodząc na dół, za pootwieranymi na oścież drzwiami widział dzieci szykujące się do pierwszej komunii. Prawdziwe filmowa scena.
- Na jednym z pięter stanąłem jak wryty naprzeciwko otwartych drzwi. Za nimi dziewczynka w falbaniastej sukience wachlowała się spódnicą. A pod nią miała przymocowane... gumowe koło ratunkowe – opowiada pan Jerzy. – Dopiero jej mama wyrwała mnie ze zdziwienia pytając: „A pan myślał, że jak to się niby robi?”

fot. Grzegorz Ziemiański / FOTOHUTA
Historia lubi się powtarzać
Tym, co rzeczywiście łączyło mieszkańców każdego nowopowstałego bloku, były dzieci. Wprowadzające się małżeństwa miały już zazwyczaj potomstwo – różnica wieku między dzieciarnią wynosiła najczęściej tylko kila lat.
Paweł Derlatka całe dzieciństwo spędził na Osiedlu Piastów. Mieszka tam do tej pory, podobnie zresztą jak większość jego rówieśników.
- Gdyby policzyć, pewnie wyszłoby, że w każdej klatce znalazło się koło szóstki dzieciaków w tym samym wieku – opowiada. - Razem chodziliśmy do przedszkola, potem do szkoły. Poznawaliśmy ze sobą naszych rodziców.
Wielka płyta okazała się wręcz stworzona dla dzieciaków. Podobały im się przede wszystkim liczne zakamarki: piwnice, wózkownie, zsypy, skrytki na liczniki. Wcale nie trzeba było wychodzić z bloku, żeby fajnie spędzić czas. Można było całe dni bawić się w chowanego. I nie przeszkadzało to sąsiadom, bo w zabawach brały udział także ich pociechy.
Dzieci spędzały czas także w tzw. lasku, czyli w maleńkim parku obok osiedla. Tam strzelały z rewolwerów–patyków, paliły pierwsze papierosy, grały w berka.
Lasek służył też do innych celów. W latach siedemdziesiątych organizowano w nim występy dzieci z podstawówek. Tańczyły, recytowały wierszyki. Dorośli przychodzili kibicować i bić brawo, a żołnierze przyjeżdżali z grochówką. – Najlepszą, jaką kiedykolwiek jadłem – uśmiecha się Paweł.
W lecie najważniejszymi wydarzeniami były przyjazd wesołego miasteczka i kolonie rosyjskich rówieśników, którzy przez kilka tygodni mieszkali w szkole.
Paweł: - Uwielbialiśmy spotkania z Rosjanami. Co tam, że ani oni nas, ani my ich nie rozumieliśmy. Kwitł handel wymienny – nalepki za trójwymiarowe linijki i tym podobne gadżety.
Mieszkańców bloku integrowały jednak nie tylko dzieci w wieku szkolnym, wspólne wywiadówki i dyżury w odprowadzaniu pociech na lekcje religii w kościele. Poznawali się w pracy w kombinacie, a także na wieczornych spacerach z psami, których w blokach nigdy nie brakowało.
- Mój tato do tej pory wychodzi na tzw. spacer z psem – przyznaje Paweł. - Mimo, że ten zdechł. Po prostu spotyka się z kumplami, tak jak zawsze to robił. Czasy się jednak zmieniły, przedtem sąsiedzi dzielili się dobrymi wiadomościami, teraz często wymieniają się informacjami o pogrzebach...
Zmieniło się też podejście ludzi. Ci sami, którzy dwadzieścia lat temu zbierali podpisy, by wybudować boisko, teraz żądają jego likwidacji. Ci, którzy walczyli o ławeczki przed blokiem, teraz chcą je usuwać. Przeszkadza im hałas w nocy.
Życie w blokach się zmienia. Pierwsi ich mieszkańcy od jakiegoś czasu są na emeryturze, a dzieci usamodzielniły się i pozakładały własne rodziny.
- Historia zatacza koło – uważa Paweł. – Dzieciaki z osiedla szukają teraz własnych mieszkań. W większości w Hucie, bo tu jest taniej i tutaj zapuścili korzenie. Powstają nowe osiedla, gdzie znowu wszyscy są w podobnym wieku i też myślą o dzieciach.
Sąsiedzi, jak w filmie „Sami swoi”, zmieniają miejsce, ale nadal mają tych samych sąsiadów.
Lodołamacz, czerwiec 2007
|
|
|
|
|
|
|
|
|
 
   
w numerze...
|
|
Wielka płyta po sąsiedzku
Wymarzone M-3. Co tam, że na razie nie działa winda (ósme piętro), ściany jeszcze raz trzeba pomalować (wszędzie smugi), a na meble dopiero zarobić (pudło zamiast stołu). Ważne, że wreszcie jest się na swoim...
czytaj dalej...
|
|
Walka z agresywną reklamą
Kiedy w latach 50. oddawano do użytku kino Świt, nikt nie przypuszczał, że pół wieku później przejmie ono rolę słupa ogłoszeniowego, który jak soczewka skupi w sobie problemy trapiące współczesną nowohucką przestrzeń.
czytaj dalej...
|
|
Historia niezwykłego przedmiotu
Przedmioty pochodzące z Nowej Huty to dla wielu jedynie starocie. Tymczasem niektóre z nich okazuje się być niezwykłą pamiątką dawnych czasów, przekazującą prawdę o historii tego socrealistycznego miasta. Tak jak pewne niezwykłe krzesło.
czytaj dalej...
|
|
Kochałam Bogdana W.
Dwunastego grudnia 1982 roku Bogdan i jego koledzy myśleli o losach Polski. Trzynastego grudnia 1982 roku Bogdan został zastrzelony.
czytaj dalej...
|
|
|
Wyspiański w poradzieckim bunkrze
Reżyser Jacek Papis opowiada o przygotowywanym właśnie spektaklu "Requiem", który produkuje Łaźnia Nowa.
czytaj dalej...
|
|
|
Drugiego takiego miejsca nie znajdziesz
W latach 80., kiedy byłem małolatem, Hutę uważano za totalną wiochę. Za dresiarstwo. Według obiegowej opinii żyli tam ludzie niższego kalibru.
Z Jakubem "Happym" Haponowiczem, liderem zespołu EsFlores, rozmawia Sławek Zagórski
czytaj dalej...
|
|
|
Nie ma potworów, ino ludzie
Nowohucki scenarzysta Michał Gałek i krakowski rysownik Mariusz Zabdyr opowiadają o swoim nowym komiksie "Alma".
czytaj dalej...
|
|
|
Najładniejsze - najbrzydsze w Nowej Hucie
Bartosz Szydłowski, Maciej Miezian, Leszek Sibila, Kuba Czupryński o nowohuckich miejscach ładnych i tych nie do końca uroczych.
czytaj dalej...
|
|
|
Miejska rutyna z okien autobusu
O podróży pisali prawie wszyscy pisarze, od Homera po Pratchetta. Śpiewała również większość: od Elvisa po Iggy Popa. Także niejeden reżyser popełnił film o drodze i zmierzaniu w nieznanym kierunku. Nie mogę być gorszy! Moje podróże są równie ciekawe jak Odyseusza czy Komendanta Vimesa. Choć może nie tak niebezpieczne...
czytaj dalej...
|
|
|
Rytmika brył - fotoreportaż
Znamy, widzieliśmy, oglądamy niemal codziennie. Przebywając na co dzień z architekturą Nowej Huty, łatwo przestać zauważać jej wyjątkową atrakcyjność.
czytaj dalej...
|
|
|
Lucyna od dziadka, który miał wypadek
Telenowela nowohucka - część XXI
Interesująca babka. I każdy mężczyzna mógłby to o niej powiedzieć. Lucyna wcale by się nie obraziła. Bo ma interesują osobowość, nie mówić już o interesującym przodku - dziadku z ulicy Starowiślnej.
czytaj dalej...
|
|
|
Z soboty na niedzielę, czyli DKF-y i "Kropka"
Dawno, dawno temu (precyzując - w 1957 roku), w pewnym wyspiarskim kapitalistycznym kraju (domyślamy się, że chodzi o Wielką Brytanię) grupa młodych artystów stworzyła manifest.
czytaj dalej...
|
|
|
|