Ewa Opałka
      Z soboty na niedzielę, czyli DKF-y i "Kropka"
Dawno, dawno temu (precyzując – w 1957 roku), w pewnym wyspiarskim kapitalistycznym kraju (domyślamy się, że chodzi o Wielką Brytanię) grupa młodych artystów stworzyła manifest.

Literaci, awangardowi twórcy teatralni oraz jeden reżyser (Lindsay Anderson) wyrażali w nim swoje niezadowolenie: z zastanego stanu twórczości artystycznej, z nieobecności w wytworach rodzimej kultury wątków klasowych, z nie ukazywania problemów młodzieży, zwłaszcza tej posiadającej rodowód proletariacki. Nie trzeba było długo czekać, aż najbardziej rewolucyjna muza odpowie na zapotrzebowanie ukazywania buntu, wściekłości i gniewu. Jednym z licznych dzieci tego mariażu był film „Z soboty na niedzielę” (1960) w reżyserii Karela Reisza, ukazujący codzienny znój i bezdenną nudę egzystencji zbuntowanego młodego robotnika. W tym samym czasie, ale w zupełnie innym kraju, robotnicy mogli nareszcie odetchnąć z ulgą.

Nie musieli już więcej oglądać filmów, w których wzorowane na nich samych postacie przodowników pracy prężyły muskuły w zgrzebnych podkoszulkach i zęby w szerokim uśmiechu. W twórczości filmowej nadciągał przełom, mający swój oddźwięk również w działalności kin.

Nowa fala

Dyskusyjne Kluby Filmowe powstawały w Polsce już w latach 50., w tak zwanym okresie heroiczno-pionierskim. Często nie były to jeszcze DKF-y w pełnym tego słowa znaczeniu: zainteresowane filmami osoby spotykały się, by porozmawiać, czasami - by podjąć wspólnie twórczą działalność. Amatorski ruch filmowy rozwijał się wtedy pod egidą Polskiego Towarzystwa Fotograficznego.

W Nowej Hucie Amatorski Klub Filmowy zaczął działać bardzo szybko. Wśród jego członków znajdowali się między innymi Krzysztof Zanussi i Krzysztof Kwinta. Pojawił się także prowadzony przez Zbigniewa Wyszyńskiego pierwszy nowohucki klub filmowy, działający później przy Ognisku Młodych. Prelekcje wygłaszali w nim najpierw Krzysztof Kwinta, następnie Maria Malatyńska.

Na przełomie lat 60. i 70. krakowskie kluby filmowe przeżywały okres rozkwitu. Najstarszy z nich, zarejestrowany w 1959 roku DKF „Studentów”, wędrując od Rotundy do kina Młoda Gwardia połączył się z klubem „Kinematograf” i ostatecznie osiadł w murach kina Związkowiec. Natomiast nowohucki klub filmowy – już pod nazwą „Kropka” - w 1967 roku znalazł schronienie w kinie Sfinks. Pięć lat później współpracę z „Kropką” rozpoczął Janusz Korosadowicz, obecny dyrektor podgórskiego kina studyjnego Wrzos, który sam siebie określa mianem „nadwornego prelegenta” nowohuckiego DKF-u.

Niecenzuralnie zróżnicowani

Opowiadając o DKF-ach lat 70. i 80. Korosadowicz podkreśla ich szeroki i zróżnicowany repertuar. Wynikało to między innymi ze ścisłej współpracy z ambasadami krajów kapitalistycznych: udostępnianie filmów, które nie znajdowały się w oficjalnym obiegu, stanowiło dla tychże placówek element walki z systemem komunistycznym. Z drugiej strony współdziałano także z placówkami, reprezentującymi demokracje ludowe. W Czechosłowacji i na Węgrzech powstawały wówczas filmy na bardzo wysokim poziomie artystycznym - dość wspomnieć czeską Nową Falę czy filmy Istvana Szabo.

Jerzy Płażewski – nestor polskiej krytyki filmowej – twierdzi, że w latach 1956-1989 Polska miała jeden z najlepszych repertuarów kinowych na świecie. W programach klubów zdarzały się „perełki” w postaci filmów nie dopuszczonych do obiegu przez polską, a nawet zagraniczną cenzurę. Jednym z nich był obraz Very Chytilovej „Owoce z drzew rajskich jemy” (1970). Kopia zatrzymanego przez czechosłowackich cenzorów filmu znalazła się w kinie Sfinks. Zanim Czesi zdążyli się o niego upomnieć, przeleżał przez półtora roku w kabinie operatora, przyczyniając się do poważnego znerwicowania działaczy klubu, obawiających się konsekwencji posiadania tak niecenzuralnego produktu.

Szaleńcy, maniacy, kinomani

Fenomen DKF-ów polegał również na tym, że choć w szczytowym okresie działalności było ich w Krakowie dwadzieścia, to każdy z nich posiadał własną specyfikę. Jak twierdzi Janusz Korosadowicz, prezesi koordynujący funkcjonowanie klubów nie oglądali się na konkurencję. Każdy działał we własnym zakresie, co powodowało, że choć część tytułów pojawiała się w różnych klubach jednocześnie, to ich programy były wyjątkowe.

Cechą wyróżniającą „Kropkę” na tle pozostałych DKF-ów był także rodzaj publiczności. Sale krakowskich kin wypełniali w przeważającej liczbie studenci, natomiast nowohuccy kinomani byli grupą bardziej zróżnicowaną. Część z nich rekrutowała się ze środowisk inteligenckich – byli to przede wszystkim mieszkający w Nowej Hucie pracownicy naukowi. Drugą grupę stanowili mieszkańcy nie związani bezpośrednio z placówkami naukowymi XVIII dzielnicy. Reprezentował ich między innymi nieżyjący już Zdzisław Gawlik – działacz kinowy i ogromny miłośnik filmów, na co dzień pracujący przy piecu hutniczym. Podpadał on z całą pewnością pod definicję maniaka filmowego, który, jak wspomina Janusz Korosadowicz, połknął bakcyla i momentami sprawiał wrażenie szaleńca.

Z soboty na niedzielę

Paradoksalnie (choć patrząc na historię kinematografii światowej zdaje się to być regułą) w momencie najdotkliwszego ucisku ze strony czynników zewnętrznych, twórczość filmowa zyskuje niespotykany polot i artystyczne wysublimowanie. Zewnętrzna presja może objawiać się różnorako, jednak zwykle da się ją utożsamić z władzą, hamującą rozwój indywidualnych twórczych potrzeb.

Taka sytuacja sprzyja rodzeniu się postaw buntowniczych, czasem - z braku możliwości bezpośredniego ich wyrażenia - przekształcających się w bierny opór. Działające w socjalistycznej Polsce kluby filmowe spełniały funkcję przyczółków takiego oporu. Na przełomie lat 70. i 80. cieszyły się niespotykaną popularnością, były miejscem spotkań, wymiany poglądów, potwierdzania tożsamości. Z soboty na niedzielę, w wieczór poprzedzający wybuch stanu wojennego, w klubie filmowym „Kropka” wyświetlano film Filipa Bajona „Wahadełko”. Pokazywał on bohatera (świetna rola Janusza Gajosa) chorego na komunizm i przez tę chorobę obezwładnionego. Nazajutrz gorączka objęła cały kraj, a film Bajona znalazł się w kropce – kolejne pół roku przeleżał pod schodami.

Ale to oczywiście jeszcze nie koniec tej historii.

Lodołamacz, czerwiec 2007


 
    w numerze...
Wielka płyta po sąsiedzku
Wymarzone M-3. Co tam, że na razie nie działa winda (ósme piętro), ściany jeszcze raz trzeba pomalować (wszędzie smugi), a na meble dopiero zarobić (pudło zamiast stołu). Ważne, że wreszcie jest się na swoim...
czytaj dalej...

Walka z agresywną reklamą
Kiedy w latach 50. oddawano do użytku kino Świt, nikt nie przypuszczał, że pół wieku później przejmie ono rolę słupa ogłoszeniowego, który jak soczewka skupi w sobie problemy trapiące współczesną nowohucką przestrzeń.
czytaj dalej...

Historia niezwykłego przedmiotu
Przedmioty pochodzące z Nowej Huty to dla wielu jedynie starocie. Tymczasem niektóre z nich okazuje się być niezwykłą pamiątką dawnych czasów, przekazującą prawdę o historii tego socrealistycznego miasta. Tak jak pewne niezwykłe krzesło.
czytaj dalej...

Kochałam Bogdana W.
Dwunastego grudnia 1982 roku Bogdan i jego koledzy myśleli o losach Polski. Trzynastego grudnia 1982 roku Bogdan został zastrzelony.
czytaj dalej...

Wyspiański w poradzieckim bunkrze
Reżyser Jacek Papis opowiada o przygotowywanym właśnie spektaklu "Requiem", który produkuje Łaźnia Nowa.
czytaj dalej...

Drugiego takiego miejsca nie znajdziesz
W latach 80., kiedy byłem małolatem, Hutę uważano za totalną wiochę. Za dresiarstwo. Według obiegowej opinii żyli tam ludzie niższego kalibru.
Z Jakubem "Happym" Haponowiczem, liderem zespołu EsFlores, rozmawia Sławek Zagórski czytaj dalej...

Nie ma potworów, ino ludzie
Nowohucki scenarzysta Michał Gałek i krakowski rysownik Mariusz Zabdyr opowiadają o swoim nowym komiksie "Alma".
czytaj dalej...

Najładniejsze - najbrzydsze w Nowej Hucie
Bartosz Szydłowski, Maciej Miezian, Leszek Sibila, Kuba Czupryński o nowohuckich miejscach ładnych i tych nie do końca uroczych.
czytaj dalej...

Miejska rutyna z okien autobusu
O podróży pisali prawie wszyscy pisarze, od Homera po Pratchetta. Śpiewała również większość: od Elvisa po Iggy Popa. Także niejeden reżyser popełnił film o drodze i zmierzaniu w nieznanym kierunku. Nie mogę być gorszy! Moje podróże są równie ciekawe jak Odyseusza czy Komendanta Vimesa. Choć może nie tak niebezpieczne...
czytaj dalej...

TW miesiąca
Współpracownik nr: 04/05/2007: Piotr Kozanecki
czytaj dalej...

Rytmika brył - fotoreportaż
Znamy, widzieliśmy, oglądamy niemal codziennie. Przebywając na co dzień z architekturą Nowej Huty, łatwo przestać zauważać jej wyjątkową atrakcyjność.
czytaj dalej...

Lucyna od dziadka, który miał wypadek
Telenowela nowohucka - część XXI
Interesująca babka. I każdy mężczyzna mógłby to o niej powiedzieć. Lucyna wcale by się nie obraziła. Bo ma interesują osobowość, nie mówić już o interesującym przodku - dziadku z ulicy Starowiślnej.
czytaj dalej...

Z soboty na niedzielę, czyli DKF-y i "Kropka"
Dawno, dawno temu (precyzując - w 1957 roku), w pewnym wyspiarskim kapitalistycznym kraju (domyślamy się, że chodzi o Wielką Brytanię) grupa młodych artystów stworzyła manifest.
czytaj dalej...

The Best Of Łaźnia Nowa
Łaźniane wydarzenia.
czytaj dalej...

miesięcznik Lodołamacz wydawany jest przez Teatr Łaźnia Nowa i jest jego własnością
wykorzystywanie materiałów zamieszczonych na stronie bez zgody właściciela witryny - zabronione
kontakt: Teatr Łaźnia Nowa, os. Szkolne 25, 31-977 Kraków; tel.012 425 03 20, fax 012 425 03 21
redakcja@lodolamacz.pl